Czarny Kot Nocą
wydawnictwo Rosner i Wspólnicy
Mistrzowi Tokudzie
Spis treści
Jeden, dwa, trzy... 7
Głuchoniemy Budda i miłość 27
Wołając lamę z daleka 49
Zen, Bóg i Jedno 69
Jasnowidząca, delfiny i zbrodniarz 85
Las, wilki i lewitacja 99
Księżyc, tęsknota i flet shakuhachi 113
Igły, arbuz i akupunktura 127
Paryski spleen 141
Taniec życia i śmierci 157
Cierpki smak rekina 175
Uśmiech mniszki z Ekwadoru 187
Niebo nad nami gwiaździste 207
Zapach zielonej herbaty 225
Życie jak oddech krótkie 243
Jeden, dwa, trzy...
Czwarta rano.
Nieruchoma, stalowa cisza.
Fioletowa łuna rozbłyska na niebie.
Fiolet to kolor śmierci.
Lubię go.
Śmierć także.
Ona pogłębia mój związek z życiem.
Jak co dzień wstanę,
aby spróbować zabić „ja”.
Kiedyś mi się to uda.
Na pewno.
Wtedy przebudzę się na nowo.
Niemiłosierny dźwięk budzika. W kilkunastoosobowym dor-
mitorium nie każdy wstaje tak wcześnie. Moi współspacze po-
chrapują, kiedy ja wpuszczam przez wpółotwarte powieki nieco
światła, skąpego o tej wczesnej porze. Cały zamek jest jeszcze
uśpiony, tu, w sercu Francji, w Burgundii. Poświata za oknem
szybko rozprasza sen. Światło jak nic innego potrafi unicestwić
pamięć tego, co się śniło. Przecieram oczy. Obok gramoli się
kilka szarych postaci adeptów tak samo zwariowanych jak ja,
którym w głowie nie wakacje nad morzem, na szlakach alpej-
skich, na bezdrożach Prowansji czy plażach Lazurowego Wybrze-
ża, ale tutaj, w centrum buddyjskim. Nicole szturcha mnie.
– Wstawaj.
– A co ja innego robię... – burczę pod nosem.
Siadam na łóżku. Tylko chwilę. Siadam, ale już zaraz
wstanę. Oszukuję się. Prowadzę ze sobą uspokajający dialog.
Chcę udobruchać samego siebie. Chcę oswoić swoje ego, po-
wiedzieć mu: „Nie martw się, wiem, jak ciężko ci wstać o tej
porze, wiem, że to wakacje – czas leniuchowania, ale dzięki
temu wysiłkowi będziesz wspanialsze, bardziej uduchowione,
wyjątkowe, zobaczysz, wyjdzie ci to na dobre”. Oszukuję to
moje małe, leniwe, panoszące się ego. Przecież wiem, że za chwilę
zejdę na dół, do zendo – sali medytacyjnej zaaranżowanej
w zamkowej bibliotece, gdzie usiądę na macie i na poduszce,
aby spróbować doświadczać stanu „poza ja”. Pokazać temu „ja”,
że jest niczym więcej jak tylko sztuczką magiczną, doskonałą
iluzją, która dzień po dniu, lata całe, żywoty, obsadza mnie
w roli nieustającego podróżnika, w tym i w innych światach,
w tym i w innych ciałach. Będę się z tym ego obchodzić ostroż-
nie. Nie wypalę mu od razu: „Nie ma ciebie. Zwyczajnie nie
istniejesz”. Wyśmieje mnie. Powie mi wtedy: „No to uszczypnij
się, zobaczysz, jak zaboli, ciebie, mnie, twoje ego. To będzie
dowód na to, że jestem! Nie jesteś chyba psychicznie chory,
aby to kwestionować”. Znam je. Jest przebiegłe i działa bez
skrupułów. Jest w stanie zrobić wszystko za cenę samopotwier-
dzenia. Będę bardzo ostrożny i delikatny. Będę dyplomatą
z samym sobą. Nie mogę go zdenerwować ani zniechęcić, bo
wtedy mi powie: „Pakuj walizki i wyjeżdżaj stąd, nie będziesz
chyba trawił życia na niemyśleniu w pozycji ze skrzyżowanymi
nogami? Jakże byłbyś śmieszny! Nigdy byś sobie tego nie wyba-
czył. Po latach”.
Schodzę powoli po skrzypiących schodach. Nie zapalam
światła na korytarzu długim i krętym, jak to w zamkach bywa.
Chcę widzieć jeszcze tę łunę za oknem, ten jaśniejący na niebie
fiolet, który niebawem przerodzi się w róż, by w końcu rozbłys-
nąć słonecznym złotem. Przystaję. Muszę podrapać się po łydce.
Wczoraj pokąsały mnie komary – ale spacer z Issyą na wrzoso-
wisku był mimo wszystko uroczy. Ślinię miejsca po ukąszeniu,
jak kazały matki i babki. Na piętrze mijam pokoje lamów
tybetańskich. W lewym skrzydle mieszka dyrektor centrum
– lama Sierab ze swoim młodszym bratem. Z jednego z poko-
jów, mimo tak wczesnej pory, dochodzi dźwięk dzwonka mo-
dlitewnego. Po chwili słyszę, jak lama intonuje modlitwę, którą
znam dobrze: Szukam Schronienia w Buddzie, jego Naukach
i Zgromadzeniu Praktykujących. Mimowolnie powtarzam ją.
Z tą melodią w głowie schodzę na parter. Przestronny hol
wysadzany granitową, przyjemnie o tej porze roku chłodzącą
posadzką, pokonuję w skupieniu. Każdy krok, stawianie stopy,
odrywanie stopy, sekwencje chodu następują po sobie tak
naturalnie. Wydaje się wręcz, że człowiek urodził się, idąc.
A jednak chód był pierwszym wyzwaniem, któremu musiał
stawić czoło. Czy tak samo będzie z moją medytacją, rozpozna-
waniem tego, co i tak istnieje, co stanowi ze mną całość?
Pokonuję spokojnie hol w zamku w Plaige, należącym przed
wiekami do pewnego hrabiego. On żył tu niegdyś ze swoją
żoną o łabędziej szyi i skórze białej jak alabaster, z roześmia-
nymi dziećmi biegającymi po łące w białobłękitnych ubrankach.
On doglądał swoich winnic, a ona – hrabina, za dnia spacero-
wała między cyprysami, popołudniami czytała romanse, a wie-
czorami prowadziła dziennik w swoim gabinecie – gęsim pió-
rem w słowa ubierała rzeczywistość. Nie miał takiej wyobraźni
ani hrabia, ani nikt inny, by przewidzieć, że wieki później
zamieszkają w jego ostoi, niekwestionowanym azylu, skośnoocy
tybetańscy lamowie w bordowych szatach, z dalekiej, egzotycz-
nej Azji. A może jednak przyśnił się kiedyś hrabiemu łagod-
ny wzrok czyichś troskliwych oczu? Oczu Boga? Oczu Buddy?
Nie nazwał ich w ten sposób. Nie musiał. Przeczuwał jedynie,
że te oczy wszechogarniają przestrzeń. Może życie jest bardziej
tajemnicze, niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić? Może
bardziej wielowymiarowe? Może mniej lub bardziej świadomie
doświadczamy tych przebić z przeszłych i przyszłych żywotów,
które zwykliśmy dla świętego spokoju nazywać déja` vu.
Tuż przy schodach znajduje się okienko, z którego kucharz
za dnia wydaje posiłki. Lubię ten zapach świeżej bagietki, oliwy,
serów, czosnku i kawy. Mam duszę i język smakosza. Przez
chwilę marzę o śniadaniu. Nagle lekki powiew porannego
powietrza zniewala swoją rześkością. Ktoś otworzył drzwi.
W zendo – sali medytacyjnej – siedzi już kilka osób. Podchodzę
do miejsca przy ścianie naprzeciw okien, zamkowych ma się
rozumieć, wysokich na trzy metry. Dobrze z nich hrabia widział
swoje stajnie, ludzi uwijających się w robocie, hrabinę odda-
lającą się raz w miesiącu karocą do miasta, gdzie był teatr,
sklepy z muślinami i perfumami, znajomi i kuzyni – światowe
życie pozwalało choć na chwilę rozproszyć wiejską nudę.
Poprawiam matę – gąbkę obszytą mocnym, bawełnianym ma-
teriałem w kolorze czerwonego wina. Sprawdzam miękkość,
a raczej twardość poduszki, umieszczam ją pośrodku maty.
W końcu siadam. Jak Budda. Krzyżuję nogi w lotosie. Inni sia-
dają w pozycji japońskiej na przykurczonych nogach, poślad-
kami dotykając pięt. Kręcę się jak dzieciak z ADHD. Przechylam
do przodu i do tyłu. Szukam tego właściwego punktu ciężkości.
Moje ciało waży! Moje ciało przykuwają do ziemi prawa fizyki.
Jestem tylko nowicjuszem – usprawiedliwiam się, jakbym szukał
u nie wiadomo kogo taryfy ulgowej. Ego burzy się: „Skądże,
jesteś już obeznany z tym i tamtym, nie przesadzaj, nie popadaj
w skrajność negatywnej samooceny”. – Nie popadam przecież
– tłumaczę mu, czyli sobie. Taka oto rozmowa się we mnie
toczy. Mała schizofrenia na własne życzenie. Po chwili wszyst-
kie miejsca są już pozajmowane. Spoglądam na zegarek.
Za minutę zaczynamy. Za minutę jak każdego ranka przez
godzinę będziemy się zmagać z własnym umysłem podczas
praktyki medytacyjnej zazen, której owocem ma być bezoso-
bowe doświadczenie nieskończonej, przejrzystej i świetlistej
przestrzeni umysłu – tak czytałem w książkach, tak słyszałem
na wykładach mistrzów. Ego nawet nie podejrzewa, że w tym
stanie nie ma dla niego miejsca, że się o nim nawet nie wspo-
mina. Cieszy się naiwnie, że będzie większe, mądrzejsze, bar-
dziej promienne, czytaj: bardziej przebiegłe. Ono za wszelką
cenę chce mnie wymanewrować. Chce, aby moje życie obrało
jego kierunek. Mam biec tam, gdzie zechce, mówić, co sobie
życzy, dbać o nie, najpierw o nie, przede wszystkim o nie.
Nie odbiorę mu brutalnie tej radości. Nie mogę. Pogoniłoby
mnie wtedy z tej poduszki i kazało wrócić do dormitorium,
aby dokończyć przerwany sen. Mam tego pewność.
Zamykam oczy. Siedzę przed ścianą białą jak śnieg. Niczego
poza nią nie widzę. Nie mam szansy, nawet gdybym chciał
mieć oczy szeroko otwarte. Medytacja przed białą ścianą wydaje
się bolesnym ciosem dla zmysłów. Niewątpliwie coś odcina.
Przywiązanie do formy, którą nieustannie postrzegamy na jawie
i we śnie, którą przyzwyczajeni jesteśmy postrzegać. Forma.
Ona wypełnia treścią nasze życie. Gdybyśmy obudzili się pew-
nego ranka w pustym, świetliście białym pomieszczeniu, bez
mebli, telewizora, radia, książek i pejzażu za oknem, oszaleli-
byśmy zapewne. Brak czegoś, do czego można by przylgnąć
choćby na chwilę, wprawiłby nas w ogromne pomieszanie.
Bo lgnięcie albo przywiązanie do zjawiskowego świata, w którym
wciąż i wciąż coś się pojawia, jest w naszych oczach gwarantem
naszego trwania, istnienia tu i teraz. Siedząc na wprost ściany,
nie mam na czym zaczepić wzroku. Oczy są mi zwyczajnie
niepotrzebne. Wzrok staje się zbędnym zmysłem. Jestem ślep-
cem na własne życzenie! Inny zmysł mam rozwijać. Jaki, tak
naprawdę? Czy uda się? Przecież nie chodzi o nowe wizje,
myśli, idee, wyobrażenia, koncepty... Tego mam w bród.
Nie chodzi o zastępowanie jednego drugim, innym.
Nagle czuję za plecami czyjąś obecność. To on... To jego
szaty, długie jak gałęzie wierzby płaczącej, ciemne jak jesienna
noc, szlachetne jak fiolet ametystu. Jego kroki są niewiary-
godnie ciche, całkiem bezszelestne. Skrada się niczym kot.
Wielki czarny kot... W jaki sposób dotyka stopami wykładziny?
Nawet nie wiem, kiedy już jest przy swojej macie, kiedy kłania
się miejscu, gdzie, jak my, będzie się starał zostać Buddą.
W końcu siada, na pewno siada. Bardziej przyspieszony oddech
zdradza jego ruch. Właśnie pochyla się, aby usiąść. Ma już
w końcu swoje lata. Teraz znowu niczym niezmącona cisza.
W wyobraźni widzę doskonałą sylwetkę Buddy, widzę sylwetkę
mistrza, wyprostowaną, cesarską, pełną godności. On też jest
zwrócony do ściany. My – jego uczniowie – siedzimy w rzędach,
po lewej i prawej stronie twarzami do ściany.
Gong. Składamy dłonie jak do modlitwy i lekko skłaniamy
głowę w kierunku białej zmurszałej w wielu miejscach ściany.
Ściany! Mój Boże, kłaniam się w kierunku zwyczajnej ściany,
żadnej tam świętej, specjalnej czy błogosławionej. Przez mo-
ment mam pięć lat. Siedzę w kościele z babcią Józefą, modlimy
się do Najświętszego Sakramentu. Jestem ja, On – Pan, i moja
pochylona głowa, modlitwa, życzenia i nadzieje. A tu, masz,
ściana! Budda wymaga chyba zbyt wiele.
Wracam do teraz. Nie jestem już przecież małym chłop-
cem, a babcia Józefa już dawno nie żyje. Jestem tutaj. Zawsze
jestem tylko i aż tutaj. Mistrz intonuje pieśń: Powitanie Buddy
o poranku. Nie rozumiem języka japońskiego. Jedyne słowo,
które najczęściej się powtarza to: Haligato. Dziękuję. Dziękuję
w głębi duszy, dziękuję za wszystko, za ten poranek, za te
chwile tu i teraz, za to, że mam nogi, które mogę skrzyżować,
że mam oczy, którymi nie muszę patrzeć, że jestem człowie-
kiem, który spotkał wielu ludzi zwyczajnie i nadzwyczajnie
ludzkich. Podziękowanie wyzwala pokorę. Mało jej mam. Muszę
ją podlewać jak rzadki okaz kwiatu. Nigdy mnie przecież nie
zawiodła.
Zaczyna się. Owo zmaganie się z umysłem przy zamknię-
tych oczach. Ależ produkcja obrazów! Przypominam sobie:
Myśli wędrują jak obłoki po niebie. Czy obchodzą cię wszystkie
obłoki, co płyną po niebie? Nie, nie zajmują mnie aż tak bardzo.
Czasami doceniam je, kiedy zabarwia je światło zachodzącego
słońca. Są wtedy różnokolorowymi budyniami, jakie gotowała
mi w dzieciństwie mama. Widzę dziesiątki zachodów słońca,
tysiące promieni czerwonego światła, niewielki fragment tarczy
słońca, które co dzień uparcie znika za horyzontem. Widzę
wydmy, morze – jestem w rodzinnym mieście. Siedzę na piasku
i słucham muzyki fal – moi rodzice właśnie się rozwodzą.
Obserwuję trawy falujące, wodorosty, taflę spokojnego morza.
Morze oddechów. Właśnie. Przecież oddycham. Teraz. A te
myśli, te obłoki mnie nie obchodzą. Są zwyczajnymi niżowymi
chmurami – skroplonymi oddechami miliardów ludzi, którzy
oddychają wciąż i wciąż na znak życia. Raczej niechętnie na
nie patrzę. „Błąd! Nie odpychaj ich, nie przyciągaj. Po prostu
oddychaj i bądź”. Obchodzi mnie tylko mój oddech. Jeden,
dwa, trzy... Liczę oddechy. Algebra oddechów. Geometria ciała
zmęczonego nieruchomą pozycją. Liczę wdechy, rozluźniam
wszystkie mięśnie, opuszczam ramiona, uświadamiam sobie,
jak niepotrzebnie unoszą się do góry. Liczę wydechy – uwal-
niam te wszystkie napięcia. Nie zaciskam powiek, dłonie trzy-
mam blisko brzucha, lewą na prawej, z kciukami złączonymi
poniżej pępka. Mam w sobie tyle napięć. To jest moje spięte
ciało – zauważam. Ależ ze mnie odkrywca! Czy na co dzień
ciało zajmuje mnie aż tak bardzo? I jaki mam z nim kontakt?
Czy szanuję je? Czy ono wie, że je kocham? A czy kocham?
Czy to nie pretensjonalne kochać własne ciało?
Staram się nie sterować oddechem. Ma być naturalny,
niewymuszony. Taki, jaki jest. Znów pojawiają się natrętne jak
osa myśli. Co zrobię w ciągu dnia? Co zrobiłem wczoraj? Czy
zapamiętałem, jak przebiega meridian wątroby – jeden z kana-
łów życiowej energii Czi? Czy umiałbym wskazać poszczególne
na nim punkty, nazwać je, przypisać im patologiczne symptomy
i kliniczne wskazania? Czy dam radę kłuć igłami ludzi? Czy mój
masaż shiatsu jest wystarczająco dobry? Czego jeszcze nie
umiem? Co porabiają teraz moi rodzice, mój pies? A znajomi,
przyjaciele? Armia twarzy pojawia się i znika. Ego mówi: „Daj
spokój, o tej porze wszyscy normalni ludzie śpią”.
Czuję szaleńcze pulsowanie w całym ciele. Znów oddech.
Jeden, dwa, trzy... Liczę zapamiętale. Udało się choć przez
chwilę opanować sytuację. Ale ego zaczyna się upominać
o swoje prawa. Mówi: „Okay, wstałem dla ciebie wcześnie rano,
ale dlaczego mam siedzieć w tak niewygodnej pozycji? Czy nie
czujesz bólu kolan, bioder, kręgosłupa? A to ścięgno na wyso-
kości lewej kostki, nie dokucza ci? Ależ fatalnie usiadłeś! Boli!
Popraw się. Opamiętaj się, człowieku! Jeszcze ci zaszkodzi ta
medytacja. Też mi ścieżka duchowa! Buddysta! To dopiero!”.
Nic, tylko liczę oddechy. Cztery, pięć, sześć... Nie dam
się wciągnąć w dyskusję z ego. Nie teraz. „A ile czasu jeszcze
zostało?” – pyta mnie to moje wredne małe ja. „Może spojrzysz
na zegarek? Upewnisz się, jak długo starasz się medytować?
No, na to chyba możesz sobie pozwolić, mój panie?”. Łechcze
mnie. „A guzik cię to obchodzi” – odpowiadam. Siedem, osiem,
dziewięć... Czuję coraz większy spokój. Czuję, że zaczynam
dotykać umysłem niezmąconej niczym przestrzeni, niczym nie-
ograniczonej. Niczego nie dotykam, ona we mnie jest. To jak
niespodziewana fala, która nagle obmywa stopy. Jest mi dobrze.
Czuję sens tego, co robię. Ale co ja właściwie robię? Zaczynam
się chwytać tego uczucia błogości. Zauważam je. Wtedy ono
jak sarna wymyka się, ucieka. Widzę oczami umysłu sarny za
oknem pociągu. Jego pęd i łoskot powoduje, że pierzchają
przez pola pokryte śniegiem, śniegiem białym jak ta ściana.
Biegną na oślep, zostawiając tropy – grudki na nierównym
tynku. Gonię za nimi. Niepotrzebnie. Nie ma gdzie biec.
Nie ma żadnego „gdzieś tam”. Jest tylko mój umysł, przestrzeń
mojej duszy, w której wydarza się świat. Bo świat istnieje na
tyle, na ile istnieje w nas. Znowu: jeden, dwa, trzy... Czy dam
radę? Pewnie jeszcze z pół godziny zostało, a mnie nogi bolą,
plecy, pośladki. Mrowienie i drętwienie. Zwyczajny ból. Ból
niewygody. Ból ludzki. Myślę o ludziach, o Żydach ściśniętych
w wagonach, które wiozły ich prosto do piekła. „Ależ z ciebie
prostak, tak się porównywać!” – gani ego. Myślę o więźniach
w ciasnych celach, wytatuowanych, porażonych brakiem prze-
strzeni, poczuciem winy, więźniach z oknem bez widoku na...
„Zasłużyli na to, nikczemni” – tłumaczy ego. Myślę o sparaliżo-
wanych i pogrążonych w agonii, którzy nie mogą nawet marzyć
o zmianie pozycji ciała, którzy trwają w drętwocie ogarnięci
stuporem. Ego milczy. Myślę o wyczekiwaniu, jakiego człowiek
boleśnie doświadcza w depresji, wyczekiwaniu, w którym nie
ma nadziei, nie ma światła... Myślę o niemowlętach bezbron-
nych i zdanych na miłość rodziców – albo jej brak. Boli mnie
w duszy. Boli mnie całe ciało. Czuję się jak emeryt podczas
nieprzyjemnych zabiegów przyrodoleczniczych w kiepskim
sanatorium. Ciało jest ciężarem, ciało jest świątynią. Ego śmieje
się już w głos, zrywa boki, rechocze do łez. A ja to swoje:
jeden, dwa, trzy... Oddechy, oddechy, setki oddechów... Uspo-
kajam ten śmiech ego. Myślę. Niestety, znów myślę. Tym razem
szlachetniej – o cierpieniu istot pogrążonych w nieprzerwanym
cyklu egzystencji, o ludziach i o zwierzętach, o ich bólu naro-
dzin, dojrzewania, starzenia się, chorób i śmierci... Widzę
w końcu siebie martwego – zimne, odbarwione tkanki, w któ-
rych zastygła krew jak woda na mrozie. Widzę siebie nieoddy-
chającego w lodówce prosektorium. W oczekiwaniu na po-
grzeb, na kremację. Krewni płaczą, a ja? Czy to jeszcze ja? To
już nie ja! Już nie mogę liczyć oddechów! Ciało płonie! Młynek
miele kości – pozostaje garstka tego „mnie”. W urnie z dobre
pół kilo prochu. Tylko tyle.
Wiem. Już jutro mogę odejść. Bo niby dlaczego nie? Skąd
wiara, że mógłbym jeszcze dłużej istnieć w tym ciele, iść przez
to życie, na tej planecie, pośród tych ludzi, których kocham,
i tych, których mijam obojętnie. Na ulicy – kaszlących, w sklepie
– zaabsorbowanych kolejnym „mieć”, w autobusie – zaduma-
nych sekretnie albo natrętnie opętanych myślami o przyszłości
i przeszłości? Zatem nie mogę nie podjąć tego wysiłku, szlachet-
nego wysiłku stawania się lepszym człowiekiem. „Doprawdy?”
– pyta ego z uśmieszkiem, którego nie znoszę. Ale ego już się
nie śmieje. Ono poważnieje. Ono bardzo boi się śmierci. Uważa
bowiem, że śmierć wyznacza jego kres. To jego dogmat. Jeden,
dwa, trzy... Powraca dyskretny spokój, całkiem zwyczajny, czuję
jedynie pulsowanie krwi, uderzenia serca, które z chwili na
chwilę zwalnia. Nieoczekiwanie ciało staje się elastyczne jak
modelina. Dostaję prezent od mojego własnego ciała. Lubię je
teraz, szanuję, podziwiam – wykonuje dla mnie miliardy odde-
chów. Jakże inaczej mógłbym je liczyć?
Jeden, dwa, trzy... Czuję senność. Zauważam, że niemal
śpię. Pozwalam sobie zasnąć, ale to się nie udaje, to się udać
nie może w tej pozycji, dzisiaj tak bardzo niewygodnej, na tej
poduszce, pośród ludzi siedzących obok mnie, uczciwie oddy-
chających, którzy starają się, jak mogą, żeby zabić swoje małe
„ja” i pozwolić odetchnąć pełną piersią Wielkiemu Umysłowi.
To On jest najświętszym sakramentem, jedynym, całkowitym,
nienazywalnym, istniejącym zawsze i wszędzie, poza czasem
i przestrzenią. Więc nie zasypiam, więc jestem przytomny i czuję
falę ciepła, która rozchodzi się od punktu hara, poniżej pępka,
aż do głowy. Nagle staję się pustą przestrzenią w formie walca.
Tak to odczuwam. Oddechem wypełniam tę przestrzeń we
mnie, którą jestem tu i teraz. Nie chcę tego chwytać słowami,
spostrzeżeniem nawet samym, bo wtedy to doświadczenie staje
się mniej wyraźne, tak jak tafla jeziora zmarszczona wiatrem
nie odbija już dokładnie tarczy księżyca w pełni. Jestem nad
wyraz spokojny, arcyspokojny, upojony tym spokojem, który
sobie beznamiętnie trwa. We mnie i poza mną. Gdzie jest ból
kolan? Gdzie podziała się senność, wszystkie te myśli, gadanie
mojego ego? Kocham ten poranek, który znów zobaczę, gdy
tylko otworzę oczy, teraz półprzymknięte, zwrócone ku ścianie.
Ku Światłu. Ku Buddzie. Który jest we mnie, w każdym z nas,
jak płód. Trzeba pomóc mu oswobodzić się. Musi się narodzić.
Czy wyda z siebie krzyk? Jeśli nawet tak, czy będzie to krzyk
zachwytu? Czy przerażenia? Wierzę jednak, że zachwytu. Dotąd
nauczyłem się tylko wierzyć. Gong.
Przy długich ławach zasiedliśmy do śniadania. Mistrz Tokuda
wymknął się do swojego pokoju, aby zdjąć szaty zen. Wkrótce
dołączył do nas w stołówce. Teraz był czas, aby powiedzieć
sobie bonjour. Mistrz Tokuda usiadł ze swoją tacą, a na niej
równiusieńko, po japońsku poukładał: pieczywo, jogurt, owsian-
kę. Bardzo chciałem być blisko niego, siedzieć z nim, nie tylko
w zazen, ale także tu, podczas jedzenia, jakbym oczekiwał,
że w sposób cudowny skapnie na mnie jego dobro, jakbym
wierzył, że coś bardziej się zadzieje. Było mi nawet trochę
głupio z tego powodu. Ale przynajmniej się nie oszukiwałem.
Usiadłem. A co tam. Widziałem, jak inni patrzyli na mnie.
Nikt nigdy nie przysiadał się do mistrza, jeśli ten nie zrobił
tego pierwszy. Podszedłem do jego stolika. Uśmiechnąłem się.
„Można?” – zapytałem wzrokiem. Mistrz wskazał na krzesło
naprzeciwko. Miałem go przed sobą. Poważnego, skupionego
na przeżuwaniu i przełykaniu. Gdy pochylałem się nad bagiet-
ką, nieoczekiwanie padło pytanie:
– Jak minął ci rok?
No i co mądrego miałem mu odpowiedzieć? Jemu?
– Dobrze. To znaczy... znacznie lepiej... Twoje zioła po-
mogły, sensei – dukałem po angielsku.
W jednej chwili uświadomiłem sobie, że oto minął cały
rok, odkąd spotkałem go po raz pierwszy, tutaj, w Centrum
Buddyzmu Tybetańskiego. Przypomniałem sobie ten dzień,
kiedy przy wszystkich uczestnikach kursu byłem diagnozowany
przez mistrza medycyny chińskiej, specjalisty od shiatsu, doktora
filozofii buddyjskiej i nauczyciela medytacji zen – mnicha
z Japonii, Ryotana Tokudę. Pamiętałem dotyk jego dłoni na
swoim brzuchu. Metodycznie sprawdzał stan moich narządów.
Wcześniej trzymał mnie za ręce w przegubach, aby zbadać puls,
także wiele mówiący o organizmie. Byłem wtedy, w wieku
nastu lat, pełen niepokoju. Moje serce wciąż i wciąż biło nie-
miarowo. Codziennie zmagałem się z fatalnymi arytmiami,
dodatkowymi skurczami nadkomorowymi, częstoskurczami,
tąpnięciami w sercu – narządzie, który jak żaden inny potrafi
człowiekowi przypomnieć o przemijalności. Do mistrza Tokudy
przyjechałem z nadzieją, z wiarą, z ufnością. Nakłuł mnie długą
igłą w okolicach wątroby. Poczułem ostry ból. Nieznośny jak
użądlenie. Zapytał: – Boli? Tak, bolało. Uśmiechnął się, wie-
dział, że musiało boleć. Ale to był ból wyzwalający zastygłą
w wątrobie energię, która nie umiała popłynąć dalej. Energetycz-
ną matką serca, według medycyny chińskiej, była właśnie
wątroba – trzeba było obudzić jej matczyne uczucia.
Potem dziwnie spokojniej spałem, nie czułem zmęczenia,
serce już posłuszniej przetaczało krew. Mistrz tłumaczył, że
usunął mi ogień z wątroby, zniwelował nadmiar szkodliwej
energii. Prosił, bym nie stosował ostrych przypraw, nie pił kawy
i mocnego alkoholu. Tym pytaniem: – Jak minął rok? uświado-
mił mi, że oto minął spokojnie, bez wzywania ambulansu, bez
paraliżującego lęku. Czułem wdzięczność. Pamiętam ten dzień,
kiedy w skrzynce na listy znalazłem awizo. Do odebrania:
paczka z zagranicy. Pognałem na pocztę i z wypiekami na
twarzy wracałem do domu ze sporych rozmiarów, ale nie-
zwykle lekką paczką. Otwierałem ją nerwowo, nacinając karton
nożyczkami. W środku znalazłem dziwnie wyglądający biały
proszek w foliowej torebce oraz kawałki patyków i kory niezna-
nego mi drzewa. I to ma mi pomóc? – zdumiałem się. Mireille,
uczennica mistrza Tokudy, przesłała mi instrukcję, jak mam
sporządzać odwar. Już pierwszego wieczoru poczułem działanie
ziół. Ciepło rozlewało się po moim brzuchu, przyjemne i zba-
wienne. Śniłem o księżycu w pełni.
– Bardzo dziękuję za te zioła, które mi przepisałeś, sensei.
– wycedziłem. Wielu zwracało się do niego „mistrzu Tokudo”,
ale wtajemniczeni wiedzieli, że w Japonii mistrzów duchowych
nazywa się sensei. To znaczyło: nauczyciel.
– Zatem jest lepiej? – uśmiechnął się i połknął kolejny kęs.
Potwierdziłem skinieniem, pokazałem na serce. Po chwili
przypomniałem sobie portugalskie słowo coraçom – serce.
Mistrz biegle mówił po portugalsku. A ja zapamiętałem właśnie
to jedno portugalskie słowo.
– Coraçom is much better... – szybko rzuciłem i zaśmia-
łem się.
Śmialiśmy się już razem. To było piękne wspólne śniada-
nie. Kiedy zwracałem tacę z talerzem i sztućcami, przed okien-
kiem spotkałem Christine. Popatrzyliśmy na siebie przez chwilę,
a potem rzuciliśmy się sobie w ramiona, pękając ze śmiechu.
Śmiech rok temu także był naszym kodem porozumiewaw-
czym. Uwielbialiśmy się.
– Christine, comment ça va?! – krzyknąłem.
Cudnie wyglądała ta francuska blondynka z niebieskimi
jak niebo Prowansji oczami.
– To ty???!!! – naśladowała mój wrzask. Znowu padliśmy
sobie w objęcia.
Christine na kurs masażu shiatsu przyjechała z Alp Fran-
cuskich. Ta kobieta o słowiańskiej duszy i urodzie gwiazdy
filmowej była zawsze przecudnie radosna. Często wystarczyło
jedno spojrzenie i już zanosiliśmy się śmiechem. Potem okazy-
wało się, że rzeczywiście myśleliśmy o tym samym, mieliśmy
to samo, zabawne skojarzenie. Ale życie Christine przed laty,
z mężem Polakiem, wcale nie było radosne. Jakoś nie umiała
sprostać jego żądaniom, głównie finansowym. Po wielu latach
rozwiodła się, bo miał zbyt twardą rękę. Bolało za często. Nie
było jej wtedy do śmiechu. Ciemne okulary przez wiele dni
zakrywały fioletowe ślady wokół oczu. Kiedy w końcu pew-
nego dnia wyszła z merostwa z podpisanym aktem rozwodu,
żałowała tylko dzieci. Nigdy nie wysłał im nawet jednego
franka. Była zbyt dumna, aby się o to upomnieć.
Zaczynaliśmy poranną naukę. Nasz uniwersytet medyczno-
-buddyjski znajdował się na trzecim piętrze ogromnej świątyni
buddyjskiej, która wiernie spełniała kanony himalajskiej archi-
tektury – ciemnozielony płaszcz dachówek podkreślał kontury
egzotycznej budowli. Świątynia Tysiąca Buddów była praw-
dziwą wizytówką tutejszej wspólnoty buddyjskiej, która powsta-
ła dzięki staraniom francuskich buddystów i lamy Sieraba,
rodowitego Bhutańczyka. Jego umiejętność zjednywania sobie
ludzi sprawiała, że do centrum przyjeżdżali książęta, hrabiowie,
artyści i biznesmeni, których kaprysem było przekazywanie
niemałych sum na krzewienie nauk Buddy na Zachodzie. Ocza-
mi wyobraźni widzieli piękny dom Buddy – świątynię wypeł-
nioną dymem tybetańskich kadzideł. Wizja ta urzeczywistniła
się. Po latach, obok zamku, stanęła najprawdziwsza świątynia,
z czasem także budynek klasztorno-administracyjny utrzymany
w bhutańskim stylu architektonicznym, a wokół osiedle dom-
ków, w których mieszkali rezydenci – powstał istny buddyjski
kampus. Centrum – ze względu na egzotyczną architekturę,
wyjątkowych mieszkańców i swoją misję – stanowiło w regionie
nie lada atrakcję turystyczną. Liczne wycieczki ciekawych,
wśród nich wielu emerytowanych robotników, nauczycieli,
lekarzy i górników, przyjeżdżały, aby obejrzeć kolorowe malo-
widła we wnętrzach pagody, poczuć klimat dalekiego Tybetu,
tutaj, pośród zielonych wzgórz Burgundii.
W sali dedykowanej Miłościwej Tarze, która „zawsze i bez-
zwłocznie pomaga istotom zwracającym się do niej o pomoc”, sia-
daliśmy na swoich matach. Każdy miał zeszyt, sterty skserowanych
siedział mistrz w bawełnianych spodniach, białym tiszercie.
Obok niego tłumaczka – Veronique, jego wieloletnia uczennica.
Obcięta na zapałkę – pozostałość po niedawno ukończonym
odosobnieniu medytacyjnym w jednym z japońskich klasztorów
zen w okolicach Kioto. Dźwięk miniaturowego gongu wibrował
łagodnie. Zaczynaliśmy. Najpierw mistrz przypomniał nam
wszystkim o motywacji.
– Jeśli studiujecie coś, co służy dobru drugiego człowieka,
to warto wzbudzić w sobie altruistyczną postawę. W zasadzie
nigdy nie robimy niczego tylko dla siebie – podkreślał.
Przed mistrzem Tokudą położył się na plecach ochotnik.
Poznawaliśmy masaż ampuku – uciskanie i masowanie okolic
hara. Słowo ampuku kojarzy się wielu z seppuku i słusznie,
bo w jednym i w drugim zawiera się cząstka puku oznaczająca
centralne miejsce energii czi – zwane hara. W traktatach me-
dycznych podaje się, że owo miejsce znajduje się dokładnie
cztery palce poniżej pępka. Samuraj, który kończył swoje życie,
rozcinał właśnie hara i ostrzem swojego kindżału zadawał sobie
pierwszy cios w okolicach pępka. Pięknie żyć i pięknie umrzeć,
w białych szatach, w obecności pomocnika, który jednym
ciosem miecza ścinał głowę i odcinał ból samobójcy. Nie tyle
chodziło o zadanie sobie wyrafinowanej śmierci, ile, bardziej,
o zadanie ciosu w miejscu, w którym rzeczywiście mieszkało
życie. Na szczęście my nie musieliśmy niczego przecinać. Ani
ciała, ani życia. Mieliśmy poprzez masaż wykonywany dłońmi,
a szczególnie palcami, próbować dowiedzieć się czegoś o stanie
organizmu, o tym, w których narządach jest nadmiar energii,
a w których niedobór. Oba stany są patologiczne i prowadzą
do powstawania w ciele napięć albo osłabienia. Z czasem ciało
pozostające w takim stanie coraz bardziej odmawia posłuszeń-
stwa, aby w końcu je wymówić. Staraliśmy się pobudzić energię
we wszystkich narządach, tak by harmonijnie funkcjonowały
i posłusznie pełniły swoją służbę. Śledziliśmy wtedy uważnie ręce
mistrza. Patrzyłem, jak jego dłonie głęboko wnikały w brzuch
ochotniczki – Sylvie. A przecież ten brzuch nie był źle napom-
powaną piłką plażową, miękkim balonem ani zbyt rozgrzaną
w dłoniach plasteliną. Zaczynało to przypominać operację
filipińskich uzdrowicieli. Tylko śladów krwi nie było widać.
Sylvie z początku chichotała, potem wydawała się bardzo prze-
jęta. Jej twarz zdradzała napięcie. Mówiła, że czuje ból na wyso-
kości żołądka. Twarz mistrza była jeszcze bardziej skupiona.
– Masz niedobór w żołądku – stwierdził mistrz. – Twój
żołądek jest kio, pusty.
– Rok temu przeszłam chorobę wrzodową żołądka... Teraz
jest lepiej, ale wciąż słabo trawię... – odpowiedziała Sylvie. Po
czym siadła. Rozejrzała się dokoła, zdziwiona jak po obejrzeniu
magicznej sztuczki. Zobaczyłem łzę w jej oku. Skąd ona się
wzięła? Co takiego poruszyło się w jej ciele? Co w duszy? Mistrz
wyjaśnił siłę nacisku, a następnie na planszach pokazał nam
mapę brzucha. Nagle przypomniałem sobie scenę z filmu „Pod
osłoną nieba”, kiedy główny bohater o imieniu Port, grany
przez Johna Malkovicha, pytał swoją żonę Kit, czy czegoś
pragnie. Ta, zapadnięta w fotelu, odsłoniła szlafrok i poprosiła,
aby pomasował jej brzuch. Pamiętam tę czułość, z jaką go
dotykał, pamiętam, jak jej twarz się zmieniała, jak głęboki
związek ze sobą nawiązywali. Jakby brzuch był miejscem,
w którym mieszka miłość.
– Masażem ampuku, powtarzanym wystarczająco często,
można przywrócić równowagę energetyczną we wszystkich
narządach. Wtedy odzyskują one siłę, zdrowie i stają się pro-
mienne – mówił mistrz.
Mistrz Tokuda opowiadał nam o lekarzach w dawnej
Japonii, którzy terapią ampuku byli w stanie wyciągnąć pacjen-
tów z beznadziejnych stanów. Inni znowu poprzez brzuch,
odpowiednio zmiękczony wcześniejszymi zabiegami, byli
w stanie nastawiać kręgosłup. Śledziliśmy wszyscy na planszy
drogę meridianu żołądka – kanału energetycznego, którym
płynie energia czi, życiowa energia, tak szeroko omawiana
w chińskich traktatach medycznych, na które sensei często się
powoływał. Wciąż pojawiał się intrygujący tytuł: „Księga Żółtego
Cesarza”. Opasłe tomisko stało na najwyższej półce w zamko-
wej bibliotece i kusiło grzbietem zdobionym złoconymi literami.
Studiowaliśmy meridiany – te autostrady energii na ciele czło-
wieka – punkt po punkcie. Przy każdym się zatrzymywaliśmy.
Każdy z nich niósł wiedzę, każdy pozwalał leczyć. Każdy taki
punkt masowany bądź nakłuwany pobudzał mechanizmy od-
pornościowe i sprawiał, że organizm wzmacniał się, odbudo-
wywał, właściwiej funkcjonował. Każdy wyzwalał witalność, to
co Francuzi nazywają élan vital.
Patrzyłem, jak wszyscy uczestnicy, w parach, czule i uważ-
nie masowali brzuchy swoich partnerów. Christine masowała
mój, dość wzdęty po źle trawionym śniadaniu. W zasadzie
wszędzie odczuwałem napięcia, były też miejsca wyraźnie
bolesne – jak nerki czy pęcherz moczowy. Nacisk dłoni w okoli-
cach pępka potwierdzał to. Christine zatrzymała się tutaj dłużej.
Czułem ciepło, które rozlewało się po całym brzuchu.
– Masz coś w rękach, czuję przyjemne mrowienie – kom-
plementowałem ją.
– No, wiesz, w końcu byłam mężatką z niezłym stażem.
Znam się na facetach, a zwłaszcza na Polakach – śmialiśmy się
znowu jak głupole.
W myśli rozbrzmiewały mi słowa mistrza Tokudy: „Wszystko
jest energią, ciało również, dlatego tak wiele można zrobić, tak
bardzo można pomóc sobie i innym. Pamiętajcie – liczy się
miłość i uważność, z jaką podchodzicie do pacjenta. Liczy się
wasza postawa. Bez pozytywnej postawy nie ma mowy
o leczeniu, o sprowadzeniu człowieka do harmonii. Bez tego
w ogóle sobie nie zawracajcie głowy medycyną”. Przypominałem
sobie wtedy słowa mojego lamy, tybetańskiego mistrza medy-
tacji Tengi Rinpoczego, który zawsze podkreślał, jak ważne jest
wzbudzanie w sobie altruistycznej postawy bodhisattwy – istoty,
która żyje dla innych, nie dla siebie – i przede wszystkim dla
innych pragnie szczęścia.
Wychodząc, spotkałem Agnieszkę. Szła od Claudette
z fermy obok z koszem pełnym serów. Uśmiechała się naiwnie
jak Czerwony Kapturek w drodze do ukochanej babci.
Na szczęście wilki były daleko, w lasach za wrzosowiskami...
Kochany Czytelniku, cóż... zapraszam do książki...